Harald Kautz Vella - Black Goo - czerwiec 2015 /napisy PL /

Oczywiście metan

Naukowcy z USA, Rosji i Szwecji udowodnili, że etan i inne cięższe węglowodory mogą powstawać sztucznie, w warunkach przypominających te, jakie panują głęboko pod ziemią, a więc bez udziału substancji organicznych. Jako materiał wyjściowy w swoich doświadczeniach naukowcy zastosowali metan, który może powstawać z występujących w przyrodzie minerałów i wody.

Zgodnie z dominującą dzisiaj organiczną teorią  pochodzenia ropy naftowej substancja ta pojawiła się w głębinach naszej planety jako rezultat przeobrażenia szczątków zwierzęcych i roślinnych wskutek oddziaływania środowiska, odpowiednich temperatur oraz innych czynników. Naukowcy zastanawiali się jednak, czy możliwe byłoby powstawanie tych surowców na głębokości o wiele większej, na przykład 65-150 km pod powierzchnią Ziemi, a więc tam, gdzie nie ma substancji organicznej. Zgodnie z nieorganiczną teorią jest to możliwe, lecz do tej pory nikt jeszcze nie znalazł na to dowodów. Dopiero niedawno, w laboratorium geofizycznym Carnegie Institution of Washington, badacze znaleźli potwierdzenie tej teorii. Okazało się, że proces tworzenia się etanu i innych bardziej złożonych węglowodorów może zachodzić bez udziału materii organicznej.

Naukowcy umieścili „sztuczny” metan – najprostszy składnik gazu ziemnego — w prasie diamentowej i nagrzali go za pomocą laseru. W ten sposób fizycy stworzyli warunki, jakie panują w płaszczu ziemskim (ciśnienie rzędu 20 tys. atmosfer, temperatura 705-1300 °С). W wyniku tego metan przekształcił się w mieszaninę węglowodorów, przypominającą swoim składem gaz ziemny. Naukowcy zarejestrowali etan, propan, butan, wodór cząsteczkowy i grafit. Co ciekawe, etan w takich samych warunkach przekształcił się ponownie w metan. Ta odwracalność reakcji świadczy o tym, że otrzymywanie węglowodorów nasyconych może być kontrolowane w skorupie ziemskiej za pomocą termodynamiki.

Badaczy zainteresowały poprzednie doświadczenia i teorie, zgodnie z którymi nieorganiczna synteza węglowodorów ciężkich jest możliwa. Do tej pory nikomu nie udawało się jednak określić, jakie dokładnie cząsteczki powstają w wyniku tej syntezy. Dzięki udoskonalonej technice laserowej oddziaływanie na większe objętości substancji było bardziej równomierne.

Eksperci i ekonomiści nie podzielają entuzjazmu naukowców. Według nich nawet jeśli istnieją nieorganiczne złoża tych surowców, ich znalezienie i wydobycie będzie o wiele trudniejsze i mniej opłacalne, niż w przypadku złóż organicznych.  JSL

źródło: www.gl.ciw.edu

Source: http://gosc.pl/doc/1865556.Uwaga-na-krowy



Watch video "Oczywiście metan"

Harald Kautz Vella - Black Goo - czerwiec 2015 /napisy PL /

 Fot. Indigo Images

Nasz glob powinien być pokryty lodem przez dwa pierwsze miliardy lat, kiedy Słońce świeciło o wiele słabiej. Dlaczego tak się nie stało? Badania dostarczają zaskakujących odpowiedzi na to pytanie.

Wszystkie modele ewolucji gwiazd pokazują, że nasze Słońce musiało początkowo świecić dość mizernie. Moc gwiezdnego generatora była o 25–30% mniejsza niż teraz. Tej energii było tak mało, że nie wystarczyłoby jej do podgrzania powierzchni Ziemi do temperatur dodatnich. Co prawda jasność gwiazdy rosła stopniowo, lecz gdyby tylko Słońce miało decydujący głos, glob ziemski zacząłby odmarzać dopiero jakieś 2–2,5 mld lat temu.

Dzieje planety potoczyły się jednak inaczej. Odkrycia geologiczne pokazują, że już 3,5–4 mld lat temu, a może nawet kilkaset milionów lat wcześniej, na Ziemi szumiały oceany. Obecność ciekłej wody trudno pogodzić z ujemnymi temperaturami, a zatem coś się nie zgadzało w założeniach. W 1972 r. dwaj amerykańscy astronomowie Carl Sagan i George Mullen w artykule zamieszczonym na łamach „Science” zastanawiali się nad tą zadziwiającą sprzecznością. Zagadkę nazwali „paradoksem słabego młodego Słońca”. Doszli do wniosku, że albo Słońce świeciło mocniej, niż sądzimy, albo też w ziemskiej atmosferze było mnóstwo gazów cieplarnianych, które podgrzały planetę.

Sagan i Mullen opowiedzieli się za drugą hipotezą, wskazując na amoniak (NH3) jako główny czynnik, który podgrzewał klimat wczesnej Ziemi. Ich teoretyczna propozycja długo się jednak nie ostała. Obserwacje i eksperymenty, wykonane pod koniec lat 70., wykazały bowiem, że amoniak jest nietrwały i łatwo rozpada się pod wpływem promieniowania ultrafioletowego Słońca. Amoniakowa hipoteza zeszła więc na dalszy plan i dziś ma niewielu zwolenników. Nie oznacza to, że znamy już wyjaśnienie „paradoksu słabego Słońca”. Od ponad czterech dekad naukowcy usiłują rozwiązać tę zagadkę i dowiedzieć się, dzięki jakiemu to szczęśliwemu zbiegowi okoliczności nasz glob nie był przez pierwszą połowę swej dotychczasowej egzystencji jak świat z filmu rysunkowego „Kraina lodu”. Cóż to za czynnik „miał tę moc”, że przywołamy tytuł nagrodzonego Oscarem szlagieru z tego filmu, aby „rozpalić to, co się tli”, czyli uczynić z Ziemi całkiem przyjemną krainę nadającą się do życia. I faktycznie szybko przez życie skolonizowaną.

W poszukiwaniu syderytu

Kiedy okazało się, że amoniak raczej trzeba skreślić z listy cudownych, rozgrzewających Ziemię substancji, niemal natychmiast zaproponowano coś w zamian – emitowany przez wulkany dwutlenek węgla (CO2). Tak właśnie przez kilkanaście następnych lat brzmiała najczęstsza odpowiedź na pytanie, co ogrzewało powierzchnię młodej Ziemi.

Oczywiście podejmowano próby wyliczenia, ile gazu powinno znajdować się w pradawnej atmosferze, aby mógł on zrównoważyć niedostatek ciepła słonecznego. W latach 90. XX w. James Kasting, dziś profesor Pennsylvania State University w Filadelfii, doszedł do wniosku, że stężenie dwutlenku węgla musiałoby być od kilkuset do tysiąca razy większe od obecnego. Brzmi imponująco, ale warto podkreślić, że byłaby to tylko niewielka część tego magazynu CO2, który tworzą ziemskie skały. Uznano więc, że rzecz jest w zasadzie wyjaśniona. Brakowało tylko jednego: badań potwierdzających słuszność teoretycznych rozważań. I tu spotkało teoretyków spore rozczarowanie. Zaczęło się od analiz, cytowanych potem setki razy, które przeprowadził Rob Rye, geochemik z Harvard University. Zainteresował go skład chemiczny gleb kopalnych sprzed 2,2–2,8 mld lat. Wraz ze swoim współpracownikiem Heinrichem Hollandem postanowił on poszukać kryształków syderytu – minerału składającego się w połowie z żelaza, a także z wapnia i węgla. Jego obecność byłaby mocnym argumentem za tym, że w owym czasie w atmosferze ziemskiej rzeczywiście znajdowało się mnóstwo dwutlenku węgla. Ale ku zaskoczeniu samych naukowców ich analiza tego nie potwierdziła. Badacze oszacowali, że gazu było co najmniej pięć razy za mało, aby zrekompensować Ziemi niedobór ciepła słonecznego i podgrzać ją do temperatur dodatnich.

Wkrótce odezwali się liczni krytycy, którzy precyzyjnie wskazali rozmaite słabe punkty badań harwardzkiej grupy (były takie). W nauce każda nowinka musi zwykle wytrzymać zaporowy ogień sceptyków, a porzekadło o pierwszej jaskółce, która jeszcze nie czyni wiosny, wydaje się tu szczególnie prawdziwe. Ale wątpliwość została zasiana, a raz postawiona teza, że to może jednak nie dwutlenek węgla ocalił pradawną Ziemię przed obróceniem się w lodowe królestwo, domagała się zweryfikowania.

Ruszyły kolejne geochemiczne śledztwa. W ciągu następnych kilkunastu lat przeprowadzono ich wiele. I zwykle okazywało się, że tropiciele, choć poruszali się różnymi ścieżkami, docierali zazwyczaj do tego samego punktu, który wcześniej osiągnęli Rye i Holland. Te nowe argumenty również nie należały do kategorii niepodważalnych, ale – po pierwsze – poszlak było nadspodziewanie wiele, a po drugie i ważniejsze –  mimo usilnych poszukiwań nie znaleziono ani jednego mocnego dowodu, który potwierdziłby decydującą funkcję dwutlenku węgla w ogrzaniu klimatu Ziemi przez pierwsze 2,5–3 mld lat.

Jednokomórkowe ogrzewacze

Nie było rady, zaczęto szukać dodatkowych źródeł ciepła. Już wcześniej sporą sympatią niektórych badaczy cieszył się metan. Związek ten jest o wiele potężniejszym gazem cieplarnianym aniżeli dwutlenek węgla. Zastanawiali się nad nim już Sagan i Mullen, ale ostatecznie opowiedzieli się za amoniakiem. W dzisiejszej atmosferze metanu jest niewiele, a to dlatego między innymi, że szybko wchodzi w reakcję z tlenem. Jednak na dawnej Ziemi tlenu atmosferycznego prawie nie było (pojawił się w większych ilościach dopiero około 2,5 mld lat temu), dzięki czemu cząsteczka metanu mogła przetrwać nie 10 lat, jak obecnie, ale nawet tysiąc razy dłużej. Wykazał to, sięgając po modele komputerowe, wspomniany już James Kasting, który udziałowi metanu w podgrzaniu pradawnej Ziemi poświęcił wiele prac teoretycznych.

Gaz mógł się zatem bez większych przeszkód gromadzić w powietrzu. Lecz skąd się brał? Z pewnością jakaś jego część pochodziła z wnętrza globu, ale zdaniem Kastinga głównym dostawcą były jednokomórkowe organizmy, które pojawiły się na Ziemi bardzo wcześnie, bo przed 3,5 mld lat. Żywiły się one głównie wodorem, a produkowały właśnie metan. W wyniku ich aktywności stężenie gazu mogło w końcu wzrosnąć do poziomu 1000 ppm (części na milion). To mniej więcej kilkaset razy więcej niż dzisiaj. A to wystarczyło do podwyższenia temperatury na powierzchni globu o dodatkowe 10–12°C – oszacował Kasting. W jednej ze swoich nowszych prac do tego gorącego koktajlu dodał kolejny składnik – etan, który miałby powstawać z metanu pod wpływem światła słonecznego.

Source: http://www.wiz.pl/8,1890.html



Krowa średnio produkuje 300 litrów metanu dziennie, czyli 0,3 metra sześciennego. A to znaczy, że 10 krów wystarczy, żeby zasilić w gaz w okresie zimowym dom z ogrzewaniem gazowym, w którym gaz dodatkowo ogrzewa wodę użytkową i w którym na gazie się gotuje. Sporo prawda?

Dlaczego by więc krów nie wykorzystać do produkcji gazu? Ostatnio niemal nieograniczonymi funduszami na idiotyczne projekty dysponuje Unia Europejska. Nie chodzi przy tym o to, by uszczuplić kasę Gazpromu, tylko o to, by klimat się nie ocieplał. Metan jest gazem wielokrotnie bardziej cieplarnianym niż dwutlenek węgla, bo tak jak cząsteczka tego ostatniego składa się z trzech atomów, tak cząsteczka metanu zbudowana jest z pięciu (CH4 - węgiel i cztery wodory). Czym więcej atomów w cząsteczce, tym więcej energii mieści się „pomiędzy wiązaniami atomowymi”. Taki gaz przytrzyma więcej energii w atmosferze. Tak więc z funduszy ekologicznych (a nie energetycznych) sfinansowano projekt „wyłapywania” krowiego metanu.

Krowa to zwierzę dość mobilne, więc całą instalację trzeba było „zainstalować” na krowie. Oszczędzę szczegółów technicznych (krowa bynajmniej nie czka metanem, tylko produkuje go ... jak by to powiedzieć... z drugiej strony), ale w skrócie można: zwierzętom, na pasach, przypinano do grzbietów „gumowe plecaki”. Rano, gdy krowy wychodziły na pastwisko, plecaki był puste („sflaczałe”) po to, by po południu być wypełnione pełnym energii gazem. Projekt hulał w najlepsze, aż któregoś dnia eksplodował. Nie, nie chodzi o nagłe zainteresowanie inwestorów, raczej o przyczynę bardziej, powiedziałbym, fizyczną - o nagłe, gwałtowne wydzielenie w jednym miejscu dużych ilości energii termicznej. Któraś krowa za blisko podeszła do elektrycznego pastucha na łące, przeskoczyła iskra i... pozostały ugrillowane steki. Trzymanie kilkuset litrów łatwopalnego gazu w plastikowym worku nie jest dobrym pomysłem.

W tym kontekście dużo bezpieczniejszym (dla krów) pomysłem jest chyba próba przeszczepienia krowom (ale także owcom czy koniom) flory bakteryjnej australijskich kangurów. Te jedzą z grubsza to samo, ale bakterie w ich przewodzie pokarmowym nie produkują ocieplającego atmosferę metanu, tylko octan.

Czytaj: Krowy wysadziły oborę

Pierwsza strona Poprzednia strona Następna strona Ostatnia strona

Source: http://www.focus.pl/technika/nieorganiczna-teoria-powstawania-ropy-i-gazu-potwierdzona-6607

Leave a Replay

Make sure you enter the(*)required information where indicate.HTML code is not allowed